sobota, 30 grudnia 2023

Rozdział VII

 

 Złam mi serce. Złam je tysiąc razy, jeśli zechcesz. Możesz z nim zrobić, co chcesz, bo należy do ciebie. [...] Będę cię kochał do ostatniego tchnienia. Każde uderzenie mojego serca jest twoje.

-Kiera Cass

Rozdział VII

 

Dręczony potwornymi koszmarami, zacząłem przebudzać się z letargu. Jęknąłem głośno, kręcąc się na boki i odganiając od siebie złe duchy. Pozostając nadal w amoku, przerzuciłem się gwałtownie na drugą stronę i poczułem jak spadam. Dosłownie. Zaliczyłem właśnie bolesne lądowanie na podłodze. Klnąc pod nosem, masowałem swoje plecy, powoli otwierając oczy. Spadłem z łóżka. Łóżka… Z ławki?!

Zszokowany, uniosłem wreszcie umęczone powieki, nerwowo rozglądając się dookoła. Do licha! Byłem w parku! Nie spadłem z łóżka, tylko z ławki w parku! Spałem na ławce! W parku! Jak jakiś żul! Jak w ogóle do tego doszło?

Ciekawe, która mogła być godzina? Czy przechodził już tędy poranny patrol? Czy widział mnie ktoś znajomy? Gdyby tak było, to raczej by mnie obudzono. Miałem szczerą nadzieję, że jedynym świadkiem mojej sennej przygody był tylko ten uradowany staruszek, który właśnie wyciągnął z kosza na śmieci kolejna puszkę po piwie. Kto wie, może przez noc kimał też gdzieś tu po sąsiedzku.

Westchnąłem ciężko, z trudem wspinając się z powrotem na ławkę, a następnie pochylając do przodu i łapiąc za głowę. Bolała, jak diabli. W dodatku znów czułem pod nosem zaschnięta krew. Można było się już przyzwyczaić. Ból fizyczny jednak, który czułem nijak miał się do mojego obecnego bólu egzystencjalnego. 

Byłem śmieciem. Oprócz tego chamem, idiota, zdrajca... Zwykłym ścierwem. Nie zasługiwałem na nic…

Ależ załapałem doła! Powoli zaczynałem użalać się nad swoim losem, jak jakaś baba. Musiałem szybko się opamiętać, bo odniosłem wrażenie, że poczciwy pijaczek zerka na mnie z zatroskana mina. Nie chciałem, żeby podszedł i zaczął mnie pocieszać.

Pospiesznie więc wytarłem zaschniętą krew o rękaw bluzy i potrzasnąłem energicznie głową. Zaciskając zęby, podniosłem moje zbolałe ciało z ławki i z ulgą rozprostowałem kości. Pomachałem jeszcze na odchodne do tego dziadka i ruszyłem w kierunku swojego mieszkania.

Idąc analizowałem wczorajsze zdarzenia.

Miałem całkiem dobry dzień, który został uwieńczony laniem od Naruto. Ze złością musiałem przyznać, że spuścił mi niezły łomot. Gdybym tylko odzyskał już moja dawną formę... Byłem też zły na pozostałych kumpli. Tfu! Kumpli... Wszyscy stanęli po stronie Naruto. Każdy patrzył na mnie, jak na zdrajcę. Nikt nawet nie próbował mnie… nas zrozumieć. No, może poza Ino.

Później udałem się jeszcze w odwiedziny do Hinaty. Musiałem wiedzieć, co u niej. Niestety, zupełnie wyleciało mi z głowy, że była u niej Sakura. Taka szlachetna altruistka. Prychnąłem z kpiną. Za pewne po prostu tak ją zaciekawiła sytuacja, że udając zmartwienie, chciała się dowiedzieć wszystkiego u źródła. Podstępne babsko.

I właśnie przez tą różowowłosą dziewuchę nie dane mi było zobaczyć się z ukochaną.

Kiedy tylko dotarłem do rezydencji, akurat stamtąd wychodziła. Zaczęła robić za jakiego bodyguarda i nie pozwoliła mi przejść.

Zacisnąłem wściekle pięści, przypominając sobie nasze wczorajsze spotkanie.

- Kiba? Daj jej spokój. Jest w kiepskim stanie.

- Doprawdy? Ja za to czuję się wyśmienicie! – zakpiłem. – Zejdź mi z drogi – zarządałem, próbując ją wyminąć, ale znów zagrodziła mi przejść.

- Mówię poważnie. Pogadacie, kiedy wszyscy trochę ochłoniecie.

Jakaż ona była rozsądna! No, ale ja taki nie byłem! Warknąłem tylko, sfrustrowany doskakując raz do jednego boku, raz do drugiego.

- Naprawdę, Sakura, odwal się! To nie twoja sprawa! – wrzasnąłem w końcu, tracąc resztki cierpliwości. Spojrzałem na nią wzrokiem pełnym nienawiści i lekko się zdziwiłem, gdy ujrzałem, jak lustruje mnie badawczo.

-Źle się czujesz? – zapytała.

-Chyba wyraźnie powiedziałem, że czuję się świetnie – wycedziłem przez zaciśnięte szczęki.

-Kiba…

-Dobra, skończ już z tym! Zwalniam cię, rozumiesz? Nie jestem już twoim pieprzonym pacjentem, więc daj sobie spokój. Nie udawaj zmartwionej, bo doskonale wiem, co sobie teraz o mnie myślisz! Wy wszyscy! Tacy święci! Chodzące ideały, które tylko czekają, żeby wpieprzyć się komuś w życie! Niech was wszystkich szlag! – wyrzuciłem z siebie, po czym spojrzałem w stronę okien domu Hinaty. Zaczerpnąłem głośno powietrza i po chwili odwróciłem się na pięcie, odchodząc.

            Ze smutkiem przypomniałem sobie, co wtedy zobaczyłem. Zasłona w oknie poruszyła się, zupełnie tak, jakby ktoś się właśnie za nią schował. Hinata. Stała tam i patrzyła na nas. Czy rzeczywiście nie chciała mnie widzieć? Byłem pewien, że czuła się z tym wszystkim okropnie, ale do licha, byłem jej najlepszym przyjacielem. Nie jakaś tam Sakura, tylko ja! Kto, jak nie ja miałby ją pocieszyć?

Postanowiłem, że gdy tylko doprowadzę się do porządku, ponownie do niej skoczę. Mam nadzieję, że nie będzie już tam żadnych szlachetnych ochroniarzy. Zresztą, Sakura powinna być zadowolona. Przecież zupełnie ochłonąłem.

            Droga do domu dłużyła mmi się niemiłosiernie. Na domiar złego, mieszkańcy zaczynali już wynurzać się ze swoich dziupli i co jakiś czas mijałem zgorszone spojrzenia. Ludzie krzywili się i kręcili głowami z dezaprobatą, jakby pierwszy raz spotkali takiego degenerata. Gdy wreszcie udało mi się dotrzeć do celu, od wejścia skoczył na mnie Akamaru. Piszczał, lizał i trącał mnie nosem, jakby sprawdzał, czy wszystko ze mną w porządku. Czułem, że był jednocześnie zły i szczęśliwy. Pewnie się martwił, że nie wróciłem na noc do domu.

-Spokojnie – zaśmiałem się, drapiąc go za uchem. –Dlaczego zawsze zakładasz najgorsze? A może to była świetna noc – dodałem. Psiak zrobił kilka kroków do tyłu i spojrzał na mnie z politowaniem. – No dobra, zgadłeś. To była ciężka noc – odparłem, przegranym tonem. Akamaru od razu do mnie podszedł, pisząc przy tym pocieszająco. Objąłem jego włochatą szyję i mocno się niego wtuliłem. Tak, potrzebowałem teraz przyjaciela.

            Po długim prysznicu i szybkim śniadaniu, zacząłem szykować się do wyjścia. Siadając jeszcze na kanapie, musiałem przyznać, że naprawdę nie czuję się najlepiej. W łazience potwornie kręciło mi się w głowie. Nawet mnie kilka razy zamroczyło. Niby dużo wczoraj nie wypiłem, ale zapewne nasza bójka musiała podwoić skutki alkoholu. Do teraz było mi jakoś dziwnie. Czułęm nieprzyjemnie dreszcze na cały ciele, ręce lekko mi dygotały i co jakiś czas przez moją głowę przenikało ostre kłucie. W dodatku to denerwujące kołatanie w sercu… Byłem za młody, żeby w ten sposób odchorowywać imprezy!

No nic. Wyprostowałem się dzielnie, uderzyłem kilka razy dłońmi w policzki i odważnie wstałem. Nie było na co czekać. Miałem wrażenie, że jeśli nie zjawię się u Hinaty dość szybko, to ktoś inny mnie wyprzedzi.

***

   Na miejscu okazało się, że nie ma jej w domu. Drzwi otworzyła mi piękna, młoda kobieta z klanu Hyuuga i niezwykle serdecznie oznajmiła mi, że panienka Hinata od rana powinna przebywać na polu treningowym. 

Ta ich kultura zawsze mnie nieco peszyła. Kobieta była na tyle miła, że nawet nie dała nic po sobie poznać, widząc moją nieco poobijaną gębę. 

Od razu skierowałem się we wskazane miejsce, po drodze zastanawiając się, co właściwie chce jej powiedzieć? Chyba przede wszystkim chciałem po prostu wiedzieć. Wiedzieć, co się właściwie wczoraj wydarzyło, jak do tego doszło. Naruto pojawił się przepełniony furią, nie racząc mi zdradzić żadnych szczegółów. Liczyłem na to, że chociaż dowiem się, czy sama Hinata może podjęła już jakąś decyzję.

Instynktownie skierowałem się na nasze standardowe pole treningowe, ale ku mojemu zdziwieniu, nikogo tam nie było. Dopiero po chwili, usłyszałem nieopodal dźwięk odbijanych się od siebie ostrzy. Dziwne, jak mogłem jej nie wyczuć? Odruchowo chwyciłem za swój nos, jakbym chciał się upewnić, czy jest na swoim miejscu. Ostatnio coraz częściej mnie zawodził. Nie miałem jednak teraz głowy do analizowania swoich zubożałych talentów.

Zbliżając się do źródła dźwięku, od razu ją dostrzegłem. Cała zdyszana i spocona, wykonywała zupełnie inny trening niż zazwyczaj. Nie doskonaliła swojej techniki. Widać było, że chce się po prostu zmęczyć. Z zaciętym wyrazem twarzy rzucała kolejnym kunaiem do celu, odskakując przy tym parę metrów do tyłu. Cały czas była w ruchu. To walka z cieniem, to rzucanie do celu. 

Uśmiechnąłem się pod nosem, opierając się o drzewo i uważnie się jej przyglądając. Była niesamowita. Przez ostatnie parę tygodni, zacząłem zupełnie inaczej ją postrzegać. Jakbym zapomniał, jak dobrym jest kompanem na polu walki. Była niezwykle zwinna i szybka. Była wspaniała wojowniczką. Prawie o tym zapomniałem.

W pewnym momencie zatrzymała się i odetchnęła głęboko, opuszając na dół głowę i zwieszając bezradnie ramiona.

- Cześć, Kiba - odezwała się nagle, tak po prostu. Chyba spodziewałam się, że w końcu się pojawię. Podniosła wzrok i spojrzała na mnie że smutkiem. Ruszyłem w jej kierunku.

- Mówiłem ci już, że uwielbiam patrzeć, jak trenujesz? - zapytałem luźno, starając się zachować pogodny ton głosu. - To z jaką płynnością się poruszasz. Zupełnie jakbyś tańczyła - kontynuowałem.

- Kiba... - skarciła mnie wzrokiem, jakby chciała abym przestał pieprzyć głupoty i przeszedł do sedna. Stanąłem tuż przy niej, z rękoma włożonymi w kieszenie spodni. Choć miałem ochotę ją objąć i pocałować, po wczorajszych wydarzeniach wolałem dać jej więcej przestrzeni. Czułem to napięcie wiszące w powietrzu, a mimo to nie potrafiłem przestać się uśmiechać. 

Hinata uniosła głowę i przyjrzała mi się uważniej. Jej oczy zaszły łzami, gdy dostrzegła wyraźniej sińce na mojej twarzy. Przybliżyła się do mnie i dotknęła dłonią mojego policzka. Automatycznie przymknąłem powieki, czując jedwab jej skóry na swojej.

- Tak mi przykro... -mruknęła z trudem.

- Daj spokój. - Wywróciłem oczami, lekko odtrącając jej rękę. - Jakby on pierwszy dał mi po gębie - zaśmiałem się, wzruszając ramionami. Na te słowa jednak Hinata jakby jeszcze bardziej posmutniała. Chwilę na nią patrzyłem, po czym westchnąłem ciężko. - No dobra, a powiesz mi w ogóle, dlaczego tak nagle mu powiedziałaś? Pewnie prędzej, czy później i tak by się wszystko wydało, ale liczyłem na to, że dasz mi chociaż jakiś znak - powiedziałem, zadziwiająco neutralnym tonem. Chciałem odrobinę rozluźnić atmosferę, więc zaśmiałem się cicho, ponownie wkładając ręce do kieszeni. -  No i mogłaś poczekać, aż wrócę do formy, to by nasz blondasek nie miał takich forów.

- Wybacz mi Kiba! - załkała głośno, zakrywając twarz w dłoniach.

- Hej, Hej, Hej - szybko zacząłem ją uspokajać, odciągając jej ręce od twarzy. Chwyciłem ją za podbródek, aby spojrzała na mnie. - Nie masz mnie za co przepraszać - powiedziałem szczerze, a widząc smutek w jej oczach, również poczułem ogromny ból w sercu. Szybko i mocno przytuliłem ją do siebie. Ona również mnie objęła. Staliśmy tak w milczeniu dobre kilka minut. 

Przez te kilka chwil starałem się o niczym nie myśleć. Skupić się na jej cieple, delikatnej woni jej ciała… ale dziwne uczucie wierciło mi uparcie bolesną dziurę w sercu. Jakaś cząstka mnie czuła, że to już koniec. Sam nie wiem dlaczego, ale tak po prostu czułem. Nie chciałem tego. Gdybym tylko mógł, zrobiłbym wszystko. Nieznośna myśl jednak przedzierała się do mojego umysłu, zasiewając w nim coraz większy niepokój. Czy rzeczywiście tak to miało się skończyć? Czy nie będę w stanie jej przy sobie zatrzymać? Byłem aż taki słaby? Aż tak mało znaczyłem?

- Co ja narobiłam… - odezwała się niespodziewanie, a po moich plecach przebiegł zimny dreszcz. Ścisnąłem ją jeszcze mocniej. – Nie my. Co ja narobiłam? Jak mogłam być tak zachłanna i chcieć was obu? – dodała. Poczułem lekkie odepchnięcie. Nadal się obejmowaliśmy, ale odchyliła się nieco do tyłu, aby spojrzeć mi w oczy. Patrzyłem na nią uważnie.

- Cóż… nie ułatwiłem ci tego – powiedziałem z przygaszonym uśmiechem, na co ona pokręciła od razu głową. Skrzywiłem się, czując ból. Odruchowo rozejrzałem się po okolicy, musząc na chwilę uciec od jej przenikliwych oczu. Zacisnąłem mocno szczęki, starając się trzymać emocje na wodzy.

- Nie rób tego, Kiba. Nie usprawiedliwiaj mnie. Powinnam być szczera z Naruto. Nie zasłużył na takie traktowanie. Ty też nie. Gdybym tylko była na tyle silna, odeszłabym. Odeszłabym od was jak najdalej, abyście o mnie zapomnieli – powiedziała dziwnie bezbarwnym tonem głosu. Zirytowały mnie te słowa i spojrzałem na nią wkurzony. Chwyciłem ją mocno za ramiona. Może nawet zbyt mocno, bo skrzywiła się nieznacznie.

- Głupia… - syknąłem, przybliżając się odrobinę do jej twarzy. – Nie wiem, jak on, ale ja na pewno bym cię wytropił. Nie pozwoliłbym ci odejść – powiedziałem, całkowicie wierząc w swoje słowa.

Hinata patrzyła na mnie ze łzami w oczach. Powoli, uśmiechnęła się delikatnie, znów dotykając mojego policzka. W pewnym momencie, zbliżyła się i nasze usta zetknęły się w leciutkim pocałunku. Było to takie niespodziewane, że na moment zupełnie zamarłem.

- Dziękuję – mruknęła mi w usta, odsuwając się nieco. – Ale pozwól mi odejść – dodała i nawet nie wiem, kiedy, wyspowodziła się z mojego uścisku. Trzymała mnie jeszcze przez chwilę za rękę, powoli robiąc krok do tyłu. W końcu puściła i mą dłoń.

Co do czorta? Myślałem gorączkowo. Co to miało znaczyć? Dokąd ona szła? Tysiące myśli przebiegało przez moją głowę, a ja nie byłem w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa. Co się ze mną stało? Przegrałem? Zaczynałem się już poddawać? Ona odchodziła. Była coraz dalej. A ja? Stałem tam, jak ten kołek, tylko patrząc tępo na jej oddalającą się sylwetkę.

Co ona sobie wyobrażała? Że gdy pójdzie, to wszystko się naprawi? Że nie otrząsnę się za parę sekund na tyle by za nią pobiec? Że pozwolę jej tak po prostu odejść?!

I nagle dotarło do mnie, jakim byłem potworem. Ino miała rację. Traktowałem Hinatę, jak rzecz, która za wszelką cenę musi być moja. To w jakich sytuacjach ją stawiałem. Jak bardzo utrudniałem jej życie, jak bardzo je skomplikowałem. Gdybym od początku odpuścił, byłaby teraz szczęśliwa z Naruto. Szybko zapomniałaby o swojej chwili słabości i na powrót widziała we mnie tylko przyjaciela z drużyny. Mogłem zdusić to uczucie w zarodku, nie dopuścić do tego by moja miłość do niej, stopniowo zmieniła się w szaleństwo, które wymknęło mi się spod kontroli. Byłem egoistą. Kochałem ją tak bardzo, ale w tak strasznie egoistyczny sposób, że liczyło się tylko moje szczęście. Ona wcale nie chciała mnie kochać. Byłem dla niej problemem, komplikacją. Jasne, kochała mnie, ale zapewne gdyby mogła, wyzbyłaby się tego uczucia. Nie byłem jej wyśnioną miłością, a jedynie fatalnym zauroczeniem.

Zniknęła. Odeszła. Zostawiła mnie, a ja za nią nie pobiegłem. Byłem rozdarty. Z całego serca chciałem za nią biec, zatrzymać ją, ale rozum zaczął nieśmiało pracować i trzymać mnie w ryzach. Co to właściwie znaczyło? Czy rzeczywiście chciałem jej szczęścia? A może po prostu się poddałem? Czy będzie szczęśliwsza beze mnie? Naprawdę pragnąłem jej szczęścia. Widok jej zranionych oczu, rozdzierał mi serce. Czy więc jeśli usunę się w cień, będzie w stanie odzyskać radość życia? Została przecież całkiem sama. Odtrąciła mnie, ale przez wyznanie prawdy Naruto, w jakimś stopniu odtrąciła też jego. Znałem go i wiedziałem, że nie będzie w stanie tak po prostu o tym zapomnieć i nam wybaczyć. Oto znaleźliśmy się w momencie, gdzie cała nasza trójka została skazana na cierpienie.

Nie było jeszcze za późno, mogłem za nią pobiec. Serce cały czas nie dawało za wygraną. Przecież z Naruto to przegrana sprawa, a ze mną mogłoby się jej ułożyć. Moglibyśmy być razem szczęśliwi. Stworzyć piękną parę, w przyszłości założyć razem rodzinę. Moglibyśmy być razem na zawsze. I udawać, że ból Naruto nie jest naszą winą.

            Pośpiesznie wytarłem jakąś podejrzaną ciecz z mojej twarzy. Mięczak, pomyślałem. Pochyliłem głowę do przodu, wpatrując się jeszcze przez chwilę w drzewa, między którymi zniknęła przed chwilą moja miłość. Moja nadzieja, że za moment wróci z powrotem również zniknęła. Pozwoliłem jej odejść. Pragnąłem przecież jej szczęścia.

Zacisnąłem pięści, odwracając się w przeciwnym kierunku i pewnym siebie krokiem zmierzając w konkretnym kierunku. Musiałem coś jeszcze załatwić.

***

            To zaszło za daleko, powtarzałem sobie wciąż w myślach. To wymknęło się spod kontroli. Czy żałowałem?

Odganiając od siebie złe myśli, wziąłem głęboki oddech i z całej siły, zapukałem w zielone, drewniane drzwi. Usłyszałem jakieś szmery, ale nikt nie zbliżył się do wejścia. Zapukałem ponownie. Zupełnie nie wiedziałem, co mnie czeka. Starałem się w ogóle nie myśleć. Nie miałem nawet żadnego planu. Co ma być, to będzie.

Nagle drzwi się otworzyły, a przed moimi oczami stanął Shikamaru. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach, kiedy zobaczyłem jego przenikliwe spojrzenie. No do cholery jasnej! Czy naprawdę każdy musi mieć ostatnio jakąś obstawę?! Już nie można iść do człowieka i po prostu z nim pogadać?! Mam zacząć wysyłać listy z prośbą o audiencje.?! I w dodatku musiał to być Nara! Był równie „szlachetny”, co Sakura, a dodatkowo udawał, że wcale go to nie obchodzi, a wręcz niewyobrażalnie męczy.

Shikamaru wyglądał na równie zdziwionego, co ja. Mimo swojej inteligencji, wcale się mnie tu nie spodziewał. Na moment wręcz odjęło mu mowę.

- Szukam właściciela tego mieszkania – burknąłem. Niepewnie zerknął przez ramię.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł – mruknął bardziej do siebie niż do mnie.

- Ja też nie – wzruszyłem ramionami, wkładające ręce do kieszeni. – Chcę tylko pogadać – dodałem, nerwowo kopiąc w bok jakiś mały kamyszek, który napatoczył się pod drzwi.

- Niech spieprza! – usłyszałem przemiły głos z wnętrza mieszkania. – Dziś już nie będę taki delikatny! – dodał. Zacisnąłem szczęki. Sukinsyn. Z góry zakładał, że wygra.

- Nie ruszę się stąd, dopóki nie pogadamy! – odkrzyknąłem, wychylając się przez ramię Nary. Mądrala wyglądał na nieco zdenerwowanego całą sytuacją. Pewnie już się głowił nad tym, jak w pojedynkę da radę nas dwóch rozdzielić, gdy znów zaczniemy się tłuc.

- Słuchaj, Kiba. Dużo się zadziało. Daj mu więcej czasu – zaproponował rozważnie Shikamaru.

- Więcej czasu nie będzie, to musi być tu i teraz! – krzyknąłem do wnętrza mieszkania, by usłyszał mnie Uzumaki. Brunet jakby spodziewał się mojej odpowiedzi, bo tylko potarł swoją umęczoną twarz, wznosząc oczy ku niebu i jęcząc, jakie to wszystko upierdliwe.

Nagle usłyszałem gwałtowne szuranie krzesła. Coś w tym samym momencie spadło na podłogę i prawdopodobnie się potłukło. Następnie do mych uszu doszedł dźwięk stawianych kolejno mocnych kroków, aż wreszcie moim oczom ukazała się zdenerwowana postać Naruto. Zdenerwowana, to właściwie mało powiedziane. Kipiała z niego furia. A i tak uważałem, że od wczoraj również znacznie ochłonął.

- Poważnie chcesz mi jeszcze zabrać moją szansę na bycie Hokage? Bo przysięgam, że tyle dzieli mnie od tego bym cię nie zabił – warknął, pokazując palcami swoją miarę nienawiści do mnie. Prychnąłem urażony.

- Akurat, bo dałbyś radę. – I pewnie dałby radę, ale nie byłby sobą, gdybym go jeszcze trochę nie podjuszał. Uzumaki zacisnął wściekle pięści, a po chwili ponownie się odwrócił, zamierzając odejść. Skubaniec, twardy był. Jakaś cząstka mnie chyba naprawdę chciała dostać po mordzie, bo trochę rozczarowało mnie jego opanowanie.

- Czekaj, Naruto! – zawołałem od razu za nim. Obejrzał się za siebie wściekle. Na jego skroni widziałem pulsującą żyłkę. – Naprawdę chcę tylko pogadać.

- Niby o czym? Nie gadam ze zdrajcami – burknął.

- No to będziesz milczał, a ja coś powiem – jęknąłem zniecierpliwiony. Nadal nie był skłonny przystać na moją propozycję. – Będziesz mógłby mi po wszystkim znowu strzelić w pysk – dodałem. Usłyszałem głośne westchnięcie Shikamaru i mógłbym przysiądź, że na twarzy Naruto przez ułamek sekundy dostrzegłem cień uśmiechu.

- Niech będzie – odparł po dłuższej chwili, po czym przekroczył próg mieszkania i zamknął za sobą drzwi. – Chodźmy gdzieś, gdzie nie będzie zbyt wielu świadków i gdzie nie zdemoluje swojego mieszkania, jak mnie poniesie – dopowiedział. Shikamaru od razu zagrodził mu przejście ręką. Blondym wywrócił oczami. – Daj spokój, Shikamaru, tylko żartowałem. Muszę się po prostu przewietrzyć.

- Wolę nie zostawiać was samych – powiedział niepewnie Nara.

- Daj spokój, nic mu nie zrobię – zażartowałem, na co obaj spojrzeli na mnie wzrokiem mówiącym, żebym się nie odzywał.

Brunet myślał przez dłuższą chwilę zerkając to na Naruto, to na mnie. W końcu westchnął ciężko, opuszczając bezradnie ręce.

- Dobra, niech wam będzie. Wpadnę do ciebie wieczorem –powiedział. – I pamiętaj, że Sakura was zabije, jeśli się pozabijacie – ostrzegł, po czym odwrócił się i odszedł.

No i nastała najbardziej niezręczna cisza, jaka mogłaby istnieć na świecie. Obaj odprowadziliśmy Narę wzrokiem, długo jeszcze wpatrując się w pusty zakręt, gdzie zniknął. Niepewnie zerknąłem na Uzumaki’ego. Za wszelką cenę starał się na mnie nie patrzeć. Cały czas wyglądał na nieźle wkurzonego.

- Idziemy? – zapytałem w końcu. Nic nie odpowiedział, tylko ruszył przed siebie, nawet nie oglądając się, aby zobaczyć, czy za nim idę. Powoli zaczynałem żałować, że tu przyszedłem. Nie miałem pojęcia, co mam mu powiedzieć. Miałem nadzieję, że droga okaże się na tyle długa, abym mógł coś ułożyć sobie w tej mojej szwankującej ostatnio głowie.

Jak na wezwanie, w tym momencie ponownie przez moją głowę przebiegł bolesny prąd, wytrącając mnie na sekundę z równowagi. Jęknąłem i zachwiałem się nieco, odruchowo łapiąc barierkę na schodach. To było mocne, pomyślałem. Bolesne ukłucie, szybko minęło, ale pozostawiło po sobie drażniące pulsowanie. To zdecydowanie utrudniało mi myślenie.

            Nie wiedziałem, dokąd zmierzaliśmy. Może Naruto gdzieś tu przez noc wykopał grób dla mnie i teraz mnie do niego prowadził? A może po prostu chciał się oddalić od ludzi na tyle, aby nie było żadnych świadków zbrodni. Tak, czy inaczej w pewnym momencie po prostu się zatrzymał. Tu miałem umrzeć? Zdziwiłem się nieco. Wcale nie udaliśmy się na bardzo ustrojne miejsce. Wręcz przeciwnie. Staliśmy przy jednej z ławek, niedaleko głównej drogi. Naruto usiadł na ławce, opierając ręce n oparciu.

- Jednak chce coś powiedzieć, zanim zaczniesz - przemówił niespodziewanie. Wcale mi się to nie podobało, ale skinąłem głową. Patrzył na mnie dłuższą chwilę, jakby przyglądał się moim sińcom. Skubaniec, nie miał nawet zadrapania. - Przyjaźniliśmy się tyle lat. Ufałem ci. Wiedziałem, że mogę na tobie polegać... To, co zrobiłeś... Zrobiliście... Dużo bym zrozumiał, ale robienie z kumpla idioty? Serio? Zamiast przyznać się od razu, jakoś to rozwiązać, wy cały czas robiliście że mnie durnia. Jakim trzeba być zasrańcem, żeby zrobić coś takiego przyjacielowi? Nie miałeś skrupułów? Nie gryzło cię sumienie? - mówił, patrząc na mnie, ale chyba nie oczekiwał odpowiedzi. Stałem przed nim, za wszelką cenę starając się wytrwać pod tym miażdżącym wzrokiem. Mówił dokładnie wszystko to, co bolało mnie najbardziej, ale wiedziałem, że muszę to usłyszeć i wytrwać. - Nigdy bym was o to nie podejrzewał. Hinata... -zaciął się na moment, po czym spuścił wzrok. - to nie jest ta dziewczyna, która znałem. Jesteście dla mnie obcy- dodał. Milczał przez dłuższą chwilę. 

- Kocham ją! - odezwałem się nagle, sam zaskoczony śmiałością swoich słów. Podniósł wzrok, patrząc na mnie z lekka irytacja. - Zakochałem się bez pamięci. Nie planowałem tego. Tyle lat się przyjaźniliśmy, a pewnego dnia po prostu to się stało. Jeszcze zanim byliście razem. Nigdy nie chcieliśmy zrobić z ciebie durnia. Cały czas nienawidziłem się za to, ale nie potrafiłem tak po prostu odpuścić. Ubzdurałem sobie, że jeśli będę wystarczająco uparty, to ja zdobędę i będzie tylko moja. Ale ona kochała ciebie. Odtrącała mnie raz za razem, ale nie chciałem jej słuchać. Nie chciałem dać za wygraną. Nie chciałem jej strącić - mówiłem coraz ciszej. - A mimo to, jednak mi się wymknęła. Myślę, że w pewnym stopniu zawsze liczyłeś się dla niej bardziej ty... - nie dokończyłem, bo poczułem na szczęce mocne uderzenie. Zatoczyłem się kilka kroków do tyłu i upadłem twardo na tyłek. Kilkoro przechodniów zwolniło nieco tępa i zaczęło obserwować nas uważniej.

Pocierając obolała twarz, spojrzałem ze zdenerwowaniem na Naruto. Stal, dysząc wściekłe i zaciskając pięści. W oczach szkliły mu się łzy.

- Draniu... -warknął. - Myślisz, że jak opowiesz mi jakąś ckliwą historyjkę o swojej nieszczęśliwej miłości, to ci wybaczę? W dupie mam twoje żale. Oboje jesteście sobie warci!

Zacisnąłem pięści, powoli podnosząc się z ziemi. Wyplułem na bok odrobinę krwi, po czym znów uważnie na niego spojrzałem. Tak, jak ja, ledwo radził sobie z emocjami. To było ponad jego siły.

- Masz rację - przyznałem. - Nie przyszedłem do ciebie po przebaczenie. Myśl sobie o mnie co chcesz- dodałem. - Chciałem cię tylko prosić, abyś odpuścił Hinacie. Była po prostu zbyt dobra, by szybciej od ciebie dać mi w pysk.

- Czy ty siebie słyszysz? - zapytał z kpiną, drżącym głosem. - Całe życie litujesz się nad Hianta, pobłażasz jej... Ja zawsze traktowałem ją na równi i to się nie zmieni. Jest dorosła, odpowiedzialna za swoje czyny. Doskonale wiedziała, co robi. Poza tym... - zaśmiał się gorzko. -Nie schlebiają tak sobie. Wcale nie masz aż tyle uroku, żeby ją otumanić swoją męskością.

     Zmarszczylem brwi, lustrując go uważnie. Czy mógł mieć rację? Przecież zawsze doceniałem Hinate jako towarzyszkę broni. Polegałem na niej i wiedziałem, że umie o siebie zadbać. Jednak jakaś cząstka mnie zawsze czuła wewnętrzną potrzebę, żeby ją chronić. Niby była twarda, ale gdy dochodziło, co do czego byłem gotów osłonić ja własnym ciałem. Zupełnie tak, jak podczas naszej ostatnie wspólnej misji, kiedy to zatrute ostrze przeznaczone dla nie, trafiło w mój brzuch. Na samo wspomnienie o truciźnie, poczułem mocny ucisk w klatce piersiowej i silny ból szczęki. Czułem jak stróżka potu ścieka mi z czoła. Zazgrzytałem zębami, zaciskając pięści. Starałem się nie dać po sobie nic poznać.

Głupek miał rację. Nawet teraz, jak jakiś adwokat, chciałem wytłumaczyć zachowanie Hinaty. Po co? Myślałem, że w ten sposób zadośćuczynię? Żałosne.

- Gdybyś mógł cofnąć czas? - zapytał nagle. Spojrzałem na niego, wyrwany z rozmyślań. Zastanowiłem się chwilę.

- Chyba wyzwałbym cię na samym początku, nie zważajac na to, jak bardzo Hinata się o to wścieknie - przyznałem. - Tak byłoby w porządku.

- Ta... -westchnął. - Wściekła Hianta... - mruknął z uśmiechem, zapewne wyobrażajac sobie te wiecznie miła dziewczynę z wkurzoną miną. Widziałem jednak smutek w jego oczach. - Szkoda, że tak nie zrobiłeś - dodał po chwili, a ja ponownie poczułem straszny ból w sercu.

Nagle blondyn schował ręce do kieszeni i ruszył z miejsca. Minął mnie bez słowa, zmierzać wzdłuż uliczki. Odprowadziłem go wzrokiem. Chciałem go zatrzymać, ale nie miałem pojęcia, jak to zrobić. Zamiast powiedzieć co sensownego, stałem tylko tempo, wpatrując się w jego znikająca w tłumie sylwetkę. Chyba wolałbym, żebyśmy znowu się pobili.

Zakląłem pod nosem, odwracając się w przeciwną stronę. Do licha. Wszystko dziś poszło nie tak. Nie chciałem wracać do domu i użalać się nad sobą. Musiałem się jakoś wyżyć. Nawet nie wiem kiedy, zacząłem biec przed siebie. Powinienem się wyładować. Jakaś myśl jednak ciągle pchała mnie do Hianty. Czy u niej wszystko dobrze? Co właściwie miała na myśli, twierdząc, że mam pozwolić jej odejść? Przeszedł mi zimny dreszcz po plecach. Mam nadzieję, że nie przyjdzie jej do głowy nic głupiego. 

Przyspieszyłem, zaciskając szczęki. Ten ostatni raz, pomyślałem. Ten ostatni raz muszę sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku. Muszę się nią zaopiekować.

***

   Nawet nie wiem kiedy, dotarłem do jej rezydencji. Chyba pobiłem jakiś rekord. Nie chciałem rzucać się w oczy, więc starałem się najpierw wyniuchać jej zapach. Mój nos jednak postanowił wziąć wolne, bo kompletnie nic nie czułem. Niepewnie więc, zapukałem do drzwi wejściowych. Otworzyła mi ta sama kobieta co wcześniej 

- Pan Inuzuka? - zdziwiła się.

- Czy Hianta już wróciła? - zapytałem, dysząc ciężko.

- Niestety. Nie znalazł jej pan wcześniej? 

- Znalazłem. Tylko, że... - zamyśliłem się. - nieważne. Poszukam jej - rzuciłem szybko i pobiegłem, zostawiając zdezorientowaną kobietę na progu.

Szybko wbiegłem w las, głowiąc się nad tym, gdzie też ona mogła się podziewać? Cholera! Musiała mnie tak stresować?! Nerwowo rozglądałem się na boki, licząc na to, że chowa się gdzieś w krzakach. Hinata, gdzie jesteś? Myślałem gorączkowo. Nagle wybiegłem na polane, zatrzymując się gwałtowanie. Naruto miał rację, nie potrafiłem jej docenić. Cackałem się z nią, jak z jajkiem. Trudno, taki już byłem. Nie zastanawiając się nad konsekwencjami, wykonałem w skupieniu kilka pieczęci. Skumulowałem całą chakrę w swoim nosie, czując kłujący prąd przeszywający moje ciało. Udało się! Mój nos nadal działał! Jej cudowna won wyczułem od razu i szybko ruszyłem w tamtym kierunku.

 

    "Trochę zawstydzeni, trochę nerwowi, uśmiechaliśmy się pod nosami, wróciwszy do wioski. Jak tylko złożyliśmy raport w siedzibie Hokage, wolnym tempem przemierzaliśmy uliczki Konohy. Na odchodne, otrzymałem jeszcze nakaz udania się do szpitala, aby przeprowadzono badania i przyjrzano się mojej ranie, ale czułem się na tyle dobrze, że postanowiłem odłożyć to na jutro. 

Szliśmy w milczeniu, zerkając na siebie od czasu do czasu i oblewając się rumieńcami. Zachowywaliśmy , jak para nastolatków, którzy właśnie niewinnie się pocałowali.  W pewnym momencie zbliżyliśmy się do rozdroża. Droga do mojego mieszkania prowadziła w lewo, natomiast do jej domu prosto. Zerknęła na mnie, jakby z obawą, na co uśmiechnąłem się szeroko.

- Odprowadzę cię - zaproponowałem i nie czekając na odpowiedź, ruszyłem prosto. Droga do rezydencji Hyuuga wiodła przez las. Rzadko kiedy można był natknąć się tutaj na innych mieszkańców. Nie wyczuwszy w pobliżu nikogo innego w końcu nabrałem odwagi i objąłem ja ramieniem, przyciągając gwałtownie do siebie.

- Co tak zaniemówiłaś? Było aż tak dobrze, że zapomniałaś języka w buzi? - zaśmiałem się, a kiedy dziewczyna spłonęła rumieńcem poczułem się naprawdę usatysfakcjonowany. 

- Nie mam pojęcia, co powiedzieć - wyznała, zmieszana. Zerknęła na mnie, a gdy ujrzała moją niby podejrzliwą mine, zaśmiała się głośno.  - Ale przyznaję, było dobrze - dodała że śmiechem.  

- To następnym razem dopiero zobaczysz, na co mnie stać - wypiąłem dumnie pierś, śmiejąc się swobodnie. Hinata przystanęła.

- Następnym razem? - zdziwiła się. Spojrzałem za siebie. Wyglądała na niepewną. Objęła swoje ramiona, lekko je masując i w zamyśleniu, zerkając gdzieś w bok. Czyżbym ją wystraszył? Byłem tym wszystkim tak podniecony, że nawet nie myślałem nad sensem swoich słów. Czy ja właśnie zaproponowałem jej randkę? Szybko jednak uznałem, że to nie w moim stylu. Przecież nie musimy być parą, żeby się dobrze razem bawić, prawda?

- Wiesz, jak będzie brzydka pogoda, albo będzie nam się nudzić, to jest to zawsze jakaś alternatywa - zaśmiałem się, wzruszając ramionami. - Spokojnie, nie oświadczam ci się - dodałem, na co dziewczyna tylko się zaśmiała. Szliśmy dalej już nieco bardziej rozluźnieni, rozmawiają teraz o przebiegu misji i o planach na najbliższe dni. Hinata chciała dużo trenować, ale obiecała też pomóc mi przy odświeżeniu mojego mieszkania. 

Kiedy droga powoli zaczynała się kończyć, ponownie poczułem ogromny smutek na samą myśl o rozstaniu z nią.

- Hinata? - odezwałem się, a ona spojrzała na mnie. - Mogę cię pocałować? - zapytałem i zerknąłem w jej księżycowe oczy. Była zdziwiona, ale skinęła leciutko głowa. Pospiesznie więc odmierzyłem, jak daleko znajdujemy się od jej domu, po czym zbliżyłem się do niej, układając dłonie na jej biodrach. Tym razem nasz pocałunek był bardzo czuły i delikatny. Jakby w zwolnionym tempie. Nie kierowała nami już ta zwierzęca namiętność, ale szczere i niewinne uczucie. Byliśmy tylko my dwoje, a reszta świata stała w miejscu.

Po wszystkim spojrzeliśmy sobie w oczy, w dalszym ciągu się obejmując. Uniosłem jedną rękę, zaczesując jej kosmyk włosów za ucho.

- Dziwne - mruknalem.

- Co jest takie dziwne, Kiba? 

Zaśmiałem się cicho.

- W ogóle nie czuję się z tym dziwnie - wyznałem. - A ty? - Spojrzałem na nią niepewnie. Zrobiła zamyślona minę, ale po sekundzie uśmiechnęła się delikatnie. Podkręciła przecząco głową. - Czyli nic w tym złego - dodałem pewniej, nadal bawiąc się jej włosami. - Cholera, Hinata, wcale nie chce się z tobą rozstawać - dodałem nagle, jakby mnie olśniło. W sumie, niby czemu miałbym się z nią rozstawać na dłużej? Mogliśmy przecież robić to, co chcieliśmy. - To co, może przyszłabyś dziś do mnie, kiedy się ogarniesz po misji? - zapytałem, ani trochę nie skrępowany bezpośredniością. Naprawdę nie miałem na myśli nic zbereźnego! To znaczy... Nie tylko jedno miałem na myśli. Chciałem z nią tylko dłużej pobyć, a co się w między czasie miało wydarzyć, to już pozostawiłbym w rękach losu.

- Kiba... - Spojrzała na mnie zmartwiona. - Twoja rana... Powinieneś pójść do szpitala. - Wywróciłem tylko oczami na te słowa. 

- Daj spokój, nic mi już nie jest - zbagatelizowałem, chociaż gdy tylko o tym pomyślałem, nadal czułem ból w miejscu "draśniecia".

- Naprawdę, to wyglądało bardzo poważnie. Byłam przerażona. - Nieustepowała. Wcale nie uśmiechało mi się trafić czas na szpitale. Wiedziałem, że powinienem, ale strasznie mi się nie chciało.

- Dobra, to umówmy się tak. Na te chwilę czuje się dobrze, więc raczej dożyje poranku. Dla pewności przyjdziesz do mnie, żeby mieć na mnie oka, a jutro z samego rana, grzecznie pójdę do lekarza - zaproponowałem najbardziej sensowne rozwiązanie, jakie istniało. Hyuga przygryzła dolną wargę (ależ była przy tym seksowna!), przyglądając się mi uważnie. W końcu jednak dała za wygraną i podkręciła głową z uśmiechem. Zgrywała niewiniątko, ale też ja kusiła ta opcja.

- Niech ci będzie. 

 

    Spotykaliśmy się tak często, jak to tylko możliwe. Nic oficjalnego. Nie zwierzaliśmy się nikomu z naszych cichych spotkań. Nie byliśmy przecież w żadnym formalnym związku. Żadne z nas nie chciało się deklarować, chociaż niekiedy dopadały nas wątpliwości. Woleliśmy jednak o tym nie rozmawiać. Zwalać wszystko na dobrą zabawę. Nie robiliśmy przecież nic złego.

Trwało to około dwóch tygodni, kiedy na naszej drodze pojawiła się przeszkodą. Po długiej misji, do wioski wrócił Uzumaki Naruto. Od czasu zakończenia wojny miał coraz mniej czasu na znajomych. Miałem też przykre wrażenie, że poniekąd zupełnie olał Hinatę i jej wyznanie. Dowiedział się o jej uczuciach, a jednak nigdy nie dał jej żadnej odpowiedzi. Wcześniej moja przyjaciółka często tłumaczyła go, jakoby miał być bardzo zapracowany i niby wcale nie liczyła na żadne deklaracje z jego strony.  W końcu, przestała o nim mówić i ani Shino, ani ja nie zamierzaliśmy poruszać tego tematu. Zwłaszcza w ostatnim czasie było to dla mnie bardzo wygodne. Czułem, że ten temat jest zamknięty. Ale, jak się później okazało, wcale tak nie było.

    Hinata i ja szliśmy sobie, któregoś dnia jedna z uliczek Konohy, kiedy nagle do naszych uszu dotarł głos blondyna.

- Hinata!- Obejrzeliśmy się w stronę, z której dobiegał jego głos. Akurat byliśmy na zakręcie, więc mógł mnie nie zauważyć. Nie przejąłem się tym szczególnie, kiedy nagle dostrzegłem wymowne rumieńce na twarzy mojej ukochanej. Wpatrywała się w nadbiegającego blondyna, a jej oczy błyszczały z radości. W tamtym momencie pierwszy raz poczułem się zazdrosny o Naruto. Nie chciałem jednak dać tego po sobie poznać. Szturchnąłem ją lekko, niemi się żegnając i pospiesznie znikając za rogiem. Nie chciałem im przeszkadzac. Odprowadziła mnie nieobecnym wzrokiem.

- Hinata! Już z daleka cię wypatrzyłem! - Usłyszałem zdyszany głos blondyna. Wiem, że nie powinienem był podsłuchiwać, ale to było silniejsze ode mnie. Ukryłem się w budce sklepowej tuż obok i dla niepoznaki, chwyciłem jedna z gazet, które leżały na półkach, aby udawać, że coś czytam. Dzieliła nas zaledwie cienka, drewniana ściana, więc wszystko doskonale słyszałem.

- Naruto! - Jej głos zabrzmiał tak radośnie. - Musisz być bardzo zapracowany, dawno cię nie widziałam.

Słyszałem, jak Uzumaki zaśmiał się głupkowato.

- Tak, wszyscy strasznie mnie cisną, z babcią Tsunade i Shikamaru na czele. Dopiero wczoraj też wróciłem z misji i obiecali mi kilka trochę luźniejszy dni - powiedział z entuzjazmem.

- To wspaniale. Musisz też trochę odpoczywać. Mam nadzieję, że nauka idzie dobrze?

- Nie jest tak źle, ale chyba powoli zaczynam łapać równowagę i będę mógł trochę wrócić do życia - zaśmiał się. - Posłuchaj, Hinata - spoważniał. - Już od dłuższego czasu chciałem z tobą o czymś pogadać. Nie dawało mi to spokoju. Bałem się, że może pomyślałaś sobie, że specjalnie cię ignoruje, albo że zapomniałem...

- Byłeś bardzo zapracowany, Naruto! Wszyscy o tym wiemy! - Niemal z panika zaczęła go uspokajać. Podkręciłem nosem z niesmakiem. Czy ona musiała mu tak naskakiwać? Lada moment sodówka uderzy mu do głowy przez takie zachowanie. Jak długo ją zbywał? Jak wiele zmartwień przysporzył? Ale wystarczyło, że się odezwie i już pamięć Hinaty robiła się krótka. Ani trochę mi się to nie podobało. Dla takiej dziewczyny, powinien paść na kolana i błagać o wybaczenie.

- Dzięki, że mnie rozumiesz - odezwał się znowu ze śmiechem. A to drań! Jeszcze będzie zgrywał tego poszkodowanego?! - W każdym razie... Często myślałem o tobie... O nas...

- Naruto... - Oczami wyobraźni widziałem, jak Hyuga oblewa się rumieńcem.

- Masz może plany na dziś wieczór? Pomyślałem, że może wyskoczymy tylko we dwoje na jakiś ramen, albo gdzie byś chciała? - zapytał w końcu.

- Ramen brzmi świetnie! - odpowiedziała mu Hinata chyba trochę nad wyraz entuzjastycznie.

- Super! No to mamy randkę! Wpadnę po ciebie o szóstej - powiedział, nie mniej podekscytowany od dziewczyny. - To uciekam. Muszę jeszcze dokończyć jedna sprawę, ale nie mogę się już doczekać. Do zobaczenia! - Usłyszałem jego oddalający się głos.

Przez dłuższą chwilę, stałem oparty o ścianę, nie zdając sobie sprawy, że od samego początku ich rozmowy, trzymam w ręku gazetę na tej samej stronie. Sam do końca nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim myśleć. Kibicowałem Hinacie. Zawsze ja wspierałem w jej uczuciach do Naruto. Ale...

- Kiba!- wykrzyknęła nagle przestraszona, wpadając na mnie. Sam też, wyrwany z rozmyśleń niezłe się przestraszyłem i o mało nie podarłem całej gazety. Nerwowo, odłożyłem ja szybko na półkę, po czym spojrzałem niepewnie na Hinatę. Była zła? A może zestresowana? - Podsłuchiwałes? - zapytała niedowierzający. 

- Ja... - zajaknalem się, czując lekkie rumieńce. Odchrząknałem głośno, starając się spowazniec. - Oczywiście - odezwałem się śmielej i zmrużyłem oczy podejrzliwie. - Wystawiasz mnie dla Naruto?- Bardziej stwierdziłem niż zapytałem. 

Do dziewczyny jakby właśnie coś dotarło, bo otworzyła szeroko oczy i z głośnym świstem wciągnęła głęboko powietrze. No tak, pojawił się blondas i nawet nie pamiętała, że byliśmy dziś umówieni.

- O nie... Ja... - jąkała się nerwowo. W pewnym momencie wybuchnąłem śmiechem, czochrając jej granatowe włosy.

- Spokojnie, spokojnie. Nic się nie stało. - Naprawdę byłoby łatwiej, gdybym w to wierzył. - Powodzenia na randce! - dodałem.

- Nie jesteś zły? - zapytała niepewnie, obserwując mnie uważnie.

- Cieszę się. Przecież to twoje marzenie - powiedziałem pewnym siebie głosem.

- Ale przecież my...

- My się świetnie razem bawimy - dokończyłem za nią. Tak, byłoby dużo łatwiej, gdyby taka była prawda. 

Hinata mruknęła cicho pod nosem i przez chwilę wydawało mi się, że widzę w jej oczach smutek. Czy aby na pewno tylko mi się wydawało?"

 

    Znalazłem ją poza murami wioski, na wzgórzu, gdzie pierwszy raz ją pocałowałem. Dlaczego tutaj przyszła? Do licha! Kiedy już zaczynało docierać do mnie, że jestem dla niej tylko numerem drugim, ona udaje się właśnie w to miejsce! Dlaczego nie poszła do Akademii, czy gdzieś tam, gdzie pierwszy raz spotkała Naruto? Musiała akurat przyjść tutaj, w Nasze miejsce?  Z chorobliwą zadyszka, wdrapałem się pod górkę, czując jak pot zalewa całe moje ciało. Przed oczami zaczynały już pojawiać się mroczki, a serce kołatało jak szalone. Gdy wreszcie wyszedłem na prostą, mogłem ja dostrzec. Siedziała pod drzewami, wpatrując się w obraz Konohy. Nie była jednak sama. Dopiero po chwili dostrzegłem, że obok niej siedzi Shino. Dziwne, że go nie wyczułem, pomyślałem.

- Kiba? - odezwali się jednocześnie, gdy tylko mnie zobaczyli. Usmiechnalem się szeroko, z trudem łapiąc oddech i podchodząc jeszcze bliżej. 

- No no - wyspałem, pochylając się i opierając dłonie na kolanach. - Drużyna ósma znowu w komplecie. Brakuje tylko Akamaru - zaśmiałem się.

- Co tu robisz, Kiba? - zapytała zatroskanym głosem.

- Dotleniam się - odparłem, wzruszając ramionami.

- Słaby z ciebie kłamca - odezwał się Shino. Zaśmiałem się tylko i zmęczony, upadłem obok niego na trawę. Jakoś tak, zrobiło mi się lepiej, że widzę ich razem. Hinata nie była sama. Shino zawsze będzie po jej stronie. Dziwny był z niego typek, ale w przeciwieństwie do mnie, lojalny. 

- Musimy niebawem wybrać się na jakaś wspólna misje. Jak za dawnych lat - powiedziałem nagle pierwsze, co mi przyszło do głowy. Leżałem wygodnie na trawie, z rękoma założonymi za głowę i delektowałem się przyjemnym wiaterkiem. Otworzyłem jedno oko, aby na nich zerknąć. Oboje patrzyli na mnie, jak na kogoś, kto postradał zmysły. - Kiedy zorientowałes się w całej tej sytuacji, Shino? -Zapytałem, szczerze zaciekawiony. Już od imprezy u Kurenai dręczyło mnie to, od jak dawna wie o wszystkim.

- Byłem w szpitalu, kiedy trafiłeś tam pierwszy raz po waszej misji. Jeśli chcieliście być dyskretni, to trzeba było chociaż zamknąć drzwi. Stałem pod salą i czekałem na Hinatę. Wszystko słyszałem - wyjaśnił.

- Nie korciło cię, żeby się wtrącić? Każdy inny lubi się wtrącać...- bąknąłem, przypominając sobie pozostałe osoby, które chciałyby za nas decydować.

- Próbowałem z tobą rozmawiać, ale mnie zbywałeś. Powinieneś lepiej pamiętać rozmowy z przyjaciółmi - odparł, urażonym tonem. - Niemniej jednak, nie miałem zamiaru bardziej interweniować. Poniekąd byliście szczęśliwi.

- Ta... Poniekąd... - burknąłem, kątem oka zerkając na Hinatę. Podkuliła nogi i oparła brodę na swoich kolanach. - Dlaczego tu przyszłaś? - zapytałem w końcu. Wzruszyła ramionami, niepewnie łypiac na mnie wzrokiem.

- To miejsce... Tutaj czuje się, jakby czas stał w miejscu - powiedziała w końcu.

- w sumie... - Miala rację. Też to czułem. Jakby oddzielała nas niewidzialna bariera od reszty tego popapranego świata.

- Wybacz, Hinata - odezwałem się nagle po chwili, a ona spojrzała na mnie zdziwiona. - Martwiłem się o ciebie. Nie doceniłem cię. Obiecuję, że to było ostatni raz - dodałem trochę tajemniczo. Mówiłem poważnie? Czy dam radę w nią uwierzyć i " puścić wolno"? Przecież chęć chronienia jej wryła już się w moje DNA. Jak niby miałem z tego zrezygnowac?

Jednak po słowach Naruto, uświadomiłem sobie, że moja nadopiekuńczość względem niej była jednak nieco przesadzona. Naprawdę szczerze miałem nadzieję, że uda mi się być lepszym.

- Wybacz, jeśli próbowałem ci wmówić coś, co nie było prawdą. Chyba chciałem przy tym przekonać sam siebie, że to wszystko jest realne - dodałem.  Hyuga spojrzała na mnie szybko, otwierając szeroko usta, jakby chciała coś powiedzieć. Zacięła się jednak, a po krótkim namyśle nie dodała nic więcej, tylko mruknęła cicho, potakując. Kątem oka widziałem, że Shino przyglądał jej się badawczo. O dziwo, ani trochę nie krępował się tym, że poruszam przy nim jakieś prywatne kwestie. Ja z kolei byłem już tak pewien tego, że od tak dawna sam o wszystkimi wie, że nie bałem się przy nim nic mówić. Jemu mogłem zaufać. Co najwyżej ochrzani mnie za coś prywatnie na uboczu. Często mu się to zdarzało. W tym momencie, czułem, że przyda mi się ktoś taki, kto trochę mną wstrząśnie i nie będzie się cackał, kiedy znowu zrobię coś głupiego. Liczyłem na niego.

- Wiecie... Jesteśmy najlepsza drużyną - wypaliłem nagle, zamykając oczy z uśmiechem.

- Dobrze się czujesz, Kiba? - zapytał Shino, pewien, że padło mi na mózg. W sumie, czułem się bardzo średnio. Trochę odpoczalem, uspokoiłem się, ale byłem jakiś taki... Nierealny. Chyba moje baterie zaczynały już się naprawdę wyczerpywać. Mój rozum zaczynał działać, jak na jakimś haju. 

- Lepiej wrócę do domu i trochę się prześpię. Miałem ciężka noc - powiedziałem w końcu, powoli podnosząc się z trawy.

- Odprowadzimy cię! - zadeklarowała się szybko Hinata, patrząc na mnie ze zmartwieniem.

- Nie! - burknąłem, trochę niezbyt przyjemnym tonem. - Nie. - Uśmiechnąłem się. - Akamaru na pewno wyjdzie mi na przeciw. A ten kawałek chętnie się sam przejdę - dodałem.

Oboje obserwowali mnie z zatroskanym i minami. Nawet Shino, u którego zwykle nie widać żadnych emocji na twarzy wyglądał na zmartwionego. Byłem pewien, że któreś z nich zajrzy jeszcze do mnie wieczorem. Cóż... Wolałbym, żeby była to Hinata, ale Aburame ostatecznie też nie będzie najgorszy. Pożegnaliśmy się i wolnym krokiem zacząłem zmierzać w kierunku domu.

     Nie byłem pewien, czy nie pomyliłem ścieżek, ale powrót zdawał mi się trzy raz dłuższy i zdecydowanie bardziej męczący. A przecież szedłem z górki! Mimo krótkiego odpoczynki, nawet najmniejszy wysiłek fizyczny sprawiał, że czułem się fatalnie. Co jakiś czas musiałem robić przystanki, żeby po prostu nie zemdleć. Naprawdę, czułem się okropnie. Po całym dniu pełnym emocji, w końcu skupiłem się nieco na mojej kondycji fizycznej. Zaczynałem się martwić, bo nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje.

Docierając już do uliczek wioski, słaniałem się na nogach, czując silne zawroty głowy. Ludzie odchodzili jak najdalej zdegustowani, zapewne biorąc mnie za jakiegoś pijaka. W sumie, trochę czułem się. Ciężko było mi utrzymać linię prostą, w dodatku obraz momentami stawał się niewyraźny. Na szczęście, wiedziałem że już niedaleko. 

   Mijając pobliskie knajpki, w jednej z nich dostrzegłem Naruto. Siedziała sobie jak gdyby nigdy nic, szczerząc się do głupio chichoczących przy nim dwóch dziewczyn. Nie wiem czemu, ale strasznie mnie ten widok zirytował. Ja tutaj cierpię, a on się dobrze bawić?! Czyżby tak szybko zapomniał o Hinacie? Nie miał w ogóle serca? Cały dzień się gryzę z jego powodu, a ten drań sobie flirtuje w najlepsze z jakimiś przypadkowymi dziewuchami! O nie! Nie doczekanie! 

Nie do końca rozumiałem swoje zachowanie, ale nie mogłem mu tak po prostu odpuścić. Moje całe ciało pulsowało z emocji i mimo coraz silniejszych zawrotów głowy, postanowiłem wyzwać go na pojedynek.

- Hej, Naruto! - krzyknąłem wściekłe, wskazując na niego palcem. Cała trójka skowronków spojrzała w moją stronę zdezorientowana. - Ze mnie robisz dupka, a sam uganiasz się za innymi laskami? Już zapomniałeś o Hinacie?! - dodałem. Uzumaki zmarszczył brwi, patrząc na mnie uważnie. - Tak co zaraz nakopię w ten niewyżyty, zakuty dzban, że długo mnie popamietasz! - krzyczałem dalej, ściągając na siebie coraz więcej gapiów. Coś mi się stało. Nie potrafiłem tego powstrzymać. Mój umysł zdawał się być gdzieś daleko poza ciałem. Nie miałem żadnej kontroli, kiedy zacząłem formować pieczęci. 

Dopiero wtedy Naruto zareagował i szybko znalazł się tuż przede mną.

- Kiba! Uspokój się! - powiedział stanowczo, co jeszcze bardziej mnie wkurzyło. Jakim prawem ten kretyn chce mi rozkazywać?  Ale było już za późno. Moja chakra zaczęła stopniowo wzrastać, a ja pochyliłem się gotów do ataki. Czułem w sobie furię bestii.

- Opamiętaj się! Nie będziemy walczyć! - Blondyna najwyraźniej strach obleciał, po patrzył na mnie z przerażeniem. Dobrze, wreszcie dowie się, na co mnie stać. - Pomyśl o Hinacie!

- Jej do tego nie mieszaj! - wycharczałem, gotów do skoku i wtedy wszystko nagle zwolniło. Jakaś dziwna bariera odcielila mnie od reszty świata. Widziałem, że Naruto cały czas coś do mnie mówi, ale byłem zupełnie poza tym. Słyszałem jedynie narastający powoli pisk w uszach i bicie mojego serca. Było coraz szybsze. Czułem się, jak we śnie. Rozejrzałem się na boki, widząc tłum ludzi, który zaczął się gromadzić. Ich twarze z każdą sekundę robily się coraz bardziej zdeformowane i przerażające. Otaczały mnie potwory. Po winie spojrzałem na Naruto. On też był przerażający. Wszystko na jego twarzy zdawało się być bardzo duże.

Zaczynałem się bać. Było mi zimno. Byłem samotny i przerażony. Głosy momentami przebijały się przez barierę, ale były tak zniekształcone, że brzmiały jak dudnienie. Ze strachem, ponownie spojrzałem w błękitne tęczówki Naruto, szukając w nich czegoś znajomego. Zobaczyłem jedynie błysk niebieskiego światła, a potem była tylko ciemność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Statystyka

Obserwatorzy